© 2023 by T Kahn. Proudly created with Wix.com

  • Black Facebook Icon
  • Black Instagram Icon
  • Black Twitter Icon
  • Black SoundCloud Icon
  • Black YouTube Icon

Uwaga - Tu Gober - autor książki "Łobuzy", która ukazała się w grudniu 2019, ogłosił właśnie konkurs dla rysowników!

Zasady konkursu:

"Jeżeli lubisz szkicować, rysować, mazać ołówkiem czy jak kto woli :) to zapraszam Cię do wzięcia udziału w konkursie. Poniżej znajdziesz dziewięć fragmentów z książki "Łobuzy", wybierz sobie jeden z nich, który najbardziej Cię zainspirował. Na czystej kartce formatu A4 naszkicuj jak sobie wyobrażasz tę scenę. Jeżeli posiadasz książkę to możesz też wybrać swój ulubiony fragment do którego coś narysujesz. Prześlij to na adres stylistuff@gmail.com

Prace, które najbardziej mi się spodobają trafią do specjalnego wydania książki, a ich twórcy otrzymają egzemplarze tych książek + płyty Tu Gober "START",  natomiast zdobywca pierwszego miejsca otrzyma nagrodę w wysokości 600zł"

Konkurs przeznaczony dla osób powyżej 14 lat.

Rysunek musi być sporządzony ołówkiem, nie może być kolorowy. 

Zakończenie konkursu 31.03.2020

Wszystkie prace będą opublikowane na tej stronie oraz na naszym facebooku i instagramie.

Zapraszamy!

Fragmenty książki:

DACHY:
– No dooobra… tylko dajcie mi ręke, bo nie mogę jeszcze stawać na nogę.
Chłopaki wspinali się właśnie po piorunochronie. Najpierw weszli na garaż, co nie było zbyt trudne, a szczerze mówiąc była to dla nich bułka z masłem, albo kanapka ze szczypiorkiem.
– Ałaaaa, nie mogę sie oprzeć nogą, podajcie rękę – Szymkowi w końcu też udało się wdrapać i teraz mogli spacerować sobie po jednopiętrowym budynku. Bardzo lubili chodzić po dachach i czuli się naprawdę wspaniale, spacerując tak na wysokościach, gdy ci na dole nie mieli pojęcia, że ktoś właśnie drepcze nad ich głowami. Tam w górze widzieli wszystko jak na dłoni, a kominy mogli wykorzystać jako osłonę przed przeciwnikiem. Tymi wrogami byli wszyscy, którzy mogli by ich tam zobaczyć, ponieważ nie podobało się to nikomu i prawie zawsze, gdy ich przyuważono, kazano im szybko zejść na dół i często też mogli za takie harce oberwać. Za osłoną kominów, kryli się więc i kucali, a anteny telewizyjne zdawały się być lufami karabinów i chłopcy byli znów jak Comando. 


PEDAGOG:
‒ I znowu to samo, Szymon! Czy zdajesz sobie sprawę, że to, co robisz, jest niedopuszczalne i jeżeli to się nie skończy, to będziemy zmuszeni powiadomić policję? 
Dzieciaka zdziwiły te słowa i na chwilę podniósł pochyloną głowę, pokazując zbuntowaną twarz o ściągniętych brwiach i zaciśniętej szczęce. Palcami u rąk skubał spodnie, jakby chciał po dwóch stronach zrobić sobie w nich dziury.
‒ Naprawdę myślałam, że jesteś mądrzejszym chłopcem. W  pierwszych klasach byłeś jednym z  najzdolniejszych uczniów w klasie, a teraz co? Wagarujesz, jesteś niegrzeczny, dostajesz jedynki i dwóje, a w dzienniku masz mnóstwo uwag. Myślisz, że to wszystko dobrze się skończy? Chcesz zostać w czwartej klasie i później być pośmiewiskiem? Wiesz, że inne dzieci nie lubią spadochroniarzy i często nie chcą się z nimi przyjaźnić. Poza tym masz fajną klasę i miłąpanią, nie szkoda ci tego stracić? Za rok nie wiadomo, gdzie trafisz, jak nie zdasz, dyrekcja może cię nawet wyrzucić ze szkoły! 
Pedagog mówiła jeszcze dość długo i choć padało wiele różnych ostrzeżeń i porad, Szymek nie mógł opędzić się od wciąż wracającej do niego projekcji tego, co powiedziała na samym początku. W jego głowie snuły się wyobrażenia, jak to ze szkoły wyprowadza go w kajdankach policja. Ze spiętymi z tyłu dłońmi ciągną go brutalnie do radiowozu, a wszyscy przyglądają się tej sytuacji. Czy on naprawdę stał się przestępcą?

WACIARZ:
‒ A po co panu ten nożnik? − zagadywał Marek.
‒ A  jaki nożnik? − spytał sprzedawca waty cukrowej, który przyjechał na swym komarku z małą przyczepką.
‒ No ten na ziemi, co pan naciska nogą. 
‒ A ten pedał, tak? No tak właśnie napędzam maszynę, żeby się obracała.
‒ Achaaaaa... A mogę ja?
‒ I ja! I jaaa! − dołączyła się reszta.
‒ No dobrze, ale tylko minutkę, to po kolei... ale zaraz, zaraz, nie pchamy się. Ty pierwszy. − Wskazał na Mareczka.
Dzieciaki po kolei naciskały czarny pedał do obracania bębna, pod którym ognił się palnik, a nieco dalej stała butla z propan butanem. Co jakiś czas mężczyzna wrzucał do środka cukier, po czym wkładał tam długi drewniany patyk, umiejętnie nim obracając, i w ten oto magiczny sposób powstawała jakże uwielbiana przez wszystkie dzieciaki wata cukrowa. Kolejka była długa, a  oprócz tego niektóre z  mniej cierpliwych dzieciaczków po prostu otoczyły waciarza, wyciągając dłonie z drobniakami i przekrzykując się, kto teraz powinien dostać swoją porcję. Sprzedawca był nad wyraz spokojny i  tylko jego lekko zirytowany uśmiech zdradzał zniecierpliwienie. Sam wybrał taki sposób zarobku i  godził się na to, by znosić grymasy i  nieokrzesanie czasami bardzo nachalnej dzieciarni. Wiedział też, że akurat w tej dzielnicy pod tym względem bywa najgorzej, lecz postanowił, że mimo wszystko nie będzie jej omijać.

SZABER:
 - Oj, nie ujdzie ci to na sucho! Jeszcze najlepszych owoców mu się zachciało! − krzyczał jak opętany, a  jego pięści skakały wysoko w górę. 
Lamentom nie było końca, a biedny Mareczek ściskał kurczowo drzewo, obejmując je dłońmi jak opiekuna, który mógłby go uratować. Rozpłakał się przy tym, nie mogąc opanować panicznego już strachu, który sprawił, że zrobiło mu się niedobrze. Zbladł tak bardzo, że jego skóra nabrała koloru waty cukrowej, którą z rozkoszą i całkiem beztrosko wcinał jeszcze parę chwil temu. Frącek, nie mogąc ściągnąć go swoim wrzaskiem, złapał za długi kij służący do przytrzymywania fasoli i starał się nim dosięgnąć dzieciaka. Co jakiś czas udawało mu się smagnąć go srogo po łydkach, a sądząc po minach i wrzaskach tamtego u góry, sprawiał mu tym niemały ból.
‒ Auuua! Łeeee... Niech pan mnie zostawi... Ja już nie będę... Auuua! Tatooo! − zawołał na koniec żałośnie, zerkając gdzieś z nikłą nadzieją daleko w stronę swojego bloku.
‒ Ja ci zaraz dam tato! Ciekawe, czy on wie, co ty robisz! Już ja mu powiem i na pewno złoi ci skórę tak, że przez miesiąc nie będziesz mógł siadać!
Sąsiad był bardzo zawzięty i w końcu zaczął się wspinać na drzewo, by dorwać małego nicponia. 
‒ Niech pan go zostawi! Już pan mu wlał! − wtrącili się chłopcy zza płotu.
‒ Ja mu wlałem? Oj, wy nie wiecie, co to znaczy dostać za swoje! Ja wam to zaraz pokażę! No, złaź, bo sam cię zaraz ściągnę. − Pogroził Markowi, wspinając się wciąż niezdarnie, lecz z postępami, w stronę zapłakanego oraz sztywnego ze strachu dzieciaka.
W tym momencie coś przeleciało ze świstem tuż obok skroni faceta. Było na tyle blisko, że poczuł wyraźny powiew powietrza, za którym ruszyły kępki jego ostatnich i lekko kręconych włosów na bokach. Zaskoczony tym spojrzał w  stronę chłopaków zza płotu z miną przebudzonego szympansa i w tym właśnie momencie najbardziej dorodne jabłko, które tuż po poranku opadło dziś z jego drzewa, trafiło go prosto w twarz, rozbryzgując się w drobne kawałki i rozpłaszczając na szalenie zdziwionej twarzy mściciela. Uderzenie było na tyle mocne i  nagłe, że nieudolny wspinacz zupełnie stracił równowagę i  runął do tyłu, spadając plackiem na plecy. Po chwili ciszy, jakby czekając, aż ziemia przestanie się trząść i kołysać po tym solidnym upadku, mężczyzna zaczął zawodzić z wściekłości i bólu jak ubijany knur. Jego żałosny jęk ogarnął wszystkie ogródki i dostał się nawet do obejść przy blokach oraz do wnętrz kilku mieszkań, w których pozostawiono uchylone okna. Po chwili leżenia jak długi podniósł w końcu kończyny i machał nimi bezradnie, przypominając żuka, który nie może się podnieść przewrócony na grzbiet.

 

PAŚNIK:
‒ Kto tutaj może mieszkać w samym środku lasu? ‒ dziwili się chłopcy.
‒ Może leśniczy ‒ zastanawiał się głośno któryś z nich.
‒ Leśniczy to mieszka zawsze blisko lasu, a nie w samym środku ‒ stwierdził z pewnością Sznurek.
Kiedy podeszli już na tyle blisko, że można było dostrzec cały jego kształt, odezwał się skutkiem przebłysku Szymek.
‒ Jaaaa, już wieeeem, co to jest! No teeen, no dla zwierząt... wujas mi mówił... jak to się nazywało... nooo paśnik!
‒ A co to jest paśćnik? ‒ zapytał Piotrek.
‒ Nie paśćnik, tylko paśnik. To taki domek dla zwierząt, gdzie wkłada się dla nich jedzenie na zimę. O, widzicie, ile siana?
Faktycznie, w  dolnej części prowizorycznej chatki zalegało siano, które zdradzały oznaki, że jakaś zwierzyna już je wyżerała, gdyż było znacznie roztargane, a  na ziemi leżały porozrzucane kłosy. Domek był zbudowany z grubych, pozbawionych kory bali, osadzonych solidnie w ziemi, i składał się z dwóch niskich pięter, zgrabnie uwieńczonych, osłaniającym wszystko przed deszczem daszkiem. On też sklecony był z pali, przeciętych wzdłuż i ułożonych w ten sposób, że półokrągłe strony były skierowane ku górze, a te płaskie tworzyły spód. Ciemnobrązowe drewno, wysmarowane zapewne jakimś chroniącym je przed korozją i gniciem impregnatem, swoją kolorystyką komponowało się idealnie z bujnym tłem lasu. 

 

WOKÓŁ OGNISKA:  
- Myślicie, że szuka nas już milicja? - zapytał kolegów Maro.
- Nie milicja, tylko policja - poprawił go Piotrek.
- No dobra, ciągle się mylę.
- Na pewno jeszcze nas nie szukają - uspokajająco powiedział Mateusz. - Może dopiero starsi, ale na pewno nie gliny, bo to by było za szybko.

Kumple siedzieli wokół ogniska, a  jego blask zabawnie migotał na ich młodocianych twarzach. Tańczące iskry wzlatywały w powietrze, a trzaski pękającego drewna wybijały rytm, do którego się poruszały. Spora górka naniesionego opału leżała tuż obok nich i co jakiś czas któreś dłonie wrzucały do ognia kolejną gałąź. Im bardziej robiło się ciemno, tym większy płomień starali się wzniecić chłopcy. W końcu ognisko stało się duże jak oni i musieli odsunąć się nieco dalej, gdyż silne gorąco, które coraz mocniej od niego biło, stało się nie do zniesienia. Przezorni obozowicze rozpalili je w wykopanym przez siebie dole, odgarnęli też suche igły i liście, a wokół poustawiali kamienie, lecz mimo wszystko nie było to zbyt rozsądne z ich strony, by utrzymywać je w takim rozmiarze. Wybrane miejsce znajdowało się względnie daleko od drzew i  krzewów, lecz szalejące iskry buchały w górę i boki. Dzieciaki nie wydawały się jednak zbyt tym przejmować, a im było jaśniej i cieplej, tym lepiej się czuli. Znów potańczyli trochę wokoło, a kiedy w pewnym momencie płomienie nieco zmalały, odważyli się nawet na skoki ponad swym wciąż intensywnie żarzącym się paleniskiem. Wokół było już całkiem ciemno, jedynie wysoko na niebie została nikła poświata, pozostawiona po minionym już dniu. Widać tam było też niektóre gwiazdy, zerkające na nich, znajdując luki w  koronach drzew. Czas mijał szybko i młodzi leśnicy postanowili zjeść późną kolację. Dziś zamiast przy stole nakrytym ceratą albo obrusem robili to gdzieś daleko na łonie natury. Zamiast w swych domach, bezpiecznie, wraz z rodzinami siedzieli tu razem, nie mając pojęcia, jaki czeka ich los... 

 

ZAGUBIENI:
Chłód się wzmagał i  łatwo było rozpoznać, że nastąpił już srogi październik. Dzieciaki, pozbawione swych ekwipunków, miały tylko to, co na sobie, choć wiele by wtedy dały choćby za jeden koc albo za dodatkowe bluzki i po sztuce spodni. Chcieliby rozpalić ognisko, które dodałoby im trochę otuchy i ciepła, ale nie mieli zapałek, poza tym raczej woleliby pozostać niezauważeni. Najgorsze było wciąż wzmagające pragnienie, ponieważ od poprzedniego dnia nie mieli w ustach ani kropelki wody. Trud całodziennej wędrówki wzmógł tylko w nich to uczucie, a raczej potrzebę uzupełnienia płynów. Ich gardła były tak wyschnięte, że aż zmieniły się ich głos, a usta całkiem im spierzchły. Pomimo zjedzenia skromniutkiej kolacji w postaci niedużej ilości buczyny, wciąż byli bardzo głodni, jakby orzeszki tylko wzmogły ich apetyt. To wszystko, plus ziąb, twarde i niewygodne posłanie, ból przemęczonych kończyn, dziwne odgłosy lasu, strach oraz wielka tęsknota za domem, sprawiały, że trudno było im zasnąć. Obawy były na chwilę tłumione przez nikłą nadzieję, że jutro wszystko się zmieni, i te momenty pozwalały im na krótki półsen, z którego wybudzały ich jakiś dźwięk, niewygoda lub zimno, przywracając na nowo niepokój. Jakby wszystkiego było mało, zerwał się wiatr, zamiast pociechy przynosząc jedynie chłód. Chłopcy przywarci do siebie, dzielili się ciepłem, którego nie było zbyt wiele, i  czerpali z  niego. Obojętne na wszystko drzewa zdawały się budzić nocą i  o  tej późnej porze zaczynały skrzypliwym głosem prowadzić ze sobą zawiłe dyskusje. Może zastanawiały się nad marnym losem tej czwórki, która utkwiła gdzieś pośród nich, szukając drogi do swego świata. Przez dziesiątki lat, gdy tam stały, nie widziały nic podobnego, więc mogło to przecież wywołać u  nich nie lada sensację.


ZŁY:
Około czterdziestoletni mężczyzna starał się w końcu zasnąć. W  prowizorycznym szałasie, którego naprędce zbudował z  niedbale poukładanych gałęzi, zdradzał swym zachowaniem, że trapiły go różne myśli. Co jakiś czas wkładał do ust po kilka mrówek, które wcześniej opiekł nad ogniem i dosyć sporą ich ilość trzymał w umieszczonej na wysokości piersi przedniej kieszeni płaszcza. Czasami skrawki owadów zostawały w  jego niedbałym zaroście albo spadały na ziemię, turlając się po policzkach. Gdy wydawało mu się, że już zaśnie, coś na powrót go wybudzało, i wiercił się tak z boku na bok, to znowu leżał na wspak. Pociągał urwanie nosem, jak gdyby nie chciał brać pełnych oddechów albo coś mu w tym przeszkadzało, szukał czegoś rękoma po bokach, z pomocą węchu i wzroku sprawdzając co znalazł. Gdy trafił mu się jakiś kawałek drewna, starał się go rozkruszyć na najdrobniejsze kawałki, używając do tego palców, paznokci, a czasem zębów. Myślał o tych małolatach, którym udało się przed nim uciec, i miał zamiar z samego rana znowu zacząć ich szukać. Chciał zemścić się na nich, że go tak wykiwali, poza tym widział dla siebie okazję, by zaspokoić swe mroczne żądze, które nie dawały mu spokoju. Uważał, że tu, w głębi lasu, mógł czynić bezkarnie zło i nikt nie będzie go za to ścigać...

 

WIERSZ:
Liście w lesie wciąż szeleszczą,
Harce znane wszystkim chaszczom.
Gwiżdże wiatr, a świerszcze wieszczą,
Świerki, brzozy, cisy klaszczą.

Pniaki porośnięte bluszczem,
Wszędobylskim głosem szumią.
Ptaki nie chcą milczeć również,
Cieszą się tym borsuk z kuną.

Śpiewa sójka osobiście,
Rozkręcają się ów trele.
Ziewa, skrzeczy, miałczy, świszcze,
Coraz głośniej i weselej.

Huczy puchacz całkiem śmiało,
Sypią się z konaru szyszki.
Mruczy sosna, trzeszczy gałąź,
Przyjrzyj się co w lesie piszczy.

Książki "Łobuzy" dostępne są w naszym sklepie, oraz we wszystkich księgarniach internetowych i lokalnych (na zamówienie)